
Ostatnie dni mojego życia wyglądają dość podobnie, żeby nie powiedzieć identycznie. Wszystko przez tego małego szkraba, co to już od 9 miesięcy okupuje brzuch Żony.
Przez tricki, które mała zaczęła sobie urządzać, Żona musiała położyć się do szpitala (nic groźnego na szczęście – obserwacja). Leży tam już kilka dni i nie zanosi się, żeby mieli ją wypuścić. A ja w związku z tym dzień w dzień, zaraz po pracy jadę prosto do szpitala, żeby spędzić z moją drugą połówką trochę czasu, zawieźć jej jakiś smakołyk (bo to szpitalne żarcie bywa niejadalne), po czym wracam do domu i idę spać. Następnego dnia rano od początku – pobudka o świcie, praca, szpital, spanie. Mimo, że do szpitala cały czas latam motocyklem, to jednak zaczęło brakować mi jakiejś wycieczki, wyjechania, choćby na chwilę z tych korków, świateł, poza granice miasta. Dalejczytaj cały wpis